wtorek, 19 czerwca 2012

Szyndzielnia

Uciekajac przed zarem lejacym sie z nieba, wybralismy sie w niedziele na Szyndzielnie. Wyjechalismy kolejka, a wracalismy na nogach. To ledwie ca 1.5 godziny, w dol, szlismy w dodatku lagodna trasa, ale marudzenia i placzu bylo tyle, jakbysmy z Babiej Gory schodzili. Kurcze, piechur to z Hani chyba nie bedzie... A szkoda, bo jeszcze do niedawna niezle sie zapowiadala. Niestety, nawet obietnica lodow na dole jej nie przekonala. Ale najsmiejsze byla koncowka "wycieczki" - kiedy przed nami pojawil sie zarys schroniska na Debowcu, Hania nagle zaczela sie smiac i zawolala "Ale fajna byla wycieczka!". Tja.... gdyby zalozyc stopery do uszu moze i ne byloby najgorzej.

Na koniec zjechala ze Slawkiem kilka razy na "saneczkach", o ile za pierwszym razem widzialam ze kurczawo trzymala go za kolana, to juz za drugim razem pchala sie do hamulca :D :D :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz