Dzisiaj nie tyle o Hani, co o jej wychowawczyni i mojej załamce.
Od dawna miałam lekko na pieńku z panią K., wychowawczynią Hani. Denerwowało mnie na przykład to, że stosuje odpowiedzialność zbiorową. Od początku roku nie potrafi sobie poradzić z kilkoma chłopcami, ale jej umiejętności pedagogiczne sprowadzają się do karania, i to zwykle całej klasy. Kilkakrotnie za karę cała klasa nie wychodziła na przerwę albo nie miała ... zajęć wf. Winowajcy mieli to głęboko w nosie, a cała klasa zamiast wyszaleć się przez godzinę na wf, siedziała sześć godzin w ławkach. Teraz odwołała wycieczkę, bo chłopcy znowu byli niegrzeczni. I nie potrafię przekonująco zareagować, kiedy Hania stwierdza że w zasadzie to nie ma znaczenia czy ona jest w szkole "grzeczna" czy nie, bo i tak zawsze się znajdzie kilkoro niegrzecznych dzieci (zwykle ciągle te same), a karę i tak poniosą wszyscy.
Ostatnio jednak pękłam i zrobiłam aferę. To znaczy próbowałam, okazało się jednak, że choć na początku część rodziców zgadzała się ze mną, to kiedy doszło do "konfrontacji", wystawili pani K. taką laurkę, że w zasadzie brakowało mi tylko kultowego "To mówiłem ja, Jarząbek"...
A poszło o karę za nieuważanie na lekcji. Tym razem karę dostały tylko dzieci, które nie potrafiły odpowiedzieć na pytanie, choć pani ponoć już kilkakrotnie je tłumaczyła, czyli - dzieciaki nie uważały. Hania też się załapała. Ok, nie dyskutuję z zasadnością kary, nie było mnie tam, jeśli faktycznie zasłużyły, niech mają karę. Tylko że pani K. wymyśliła za karę przepisanie 100 razy zdania "Będę uważać na lekcji". Dla dzieci takie przepisywanie to 1,5 -2 godzin tępego, bezmyślnego pisania. Szlak mnie trafił, bo sensowność tej kary żadna, co do skuteczności - też mam wątpliwości. Ale skontaktowałam się z kilkoma rodzicami (mamy kontakt na FB), ich dzieci już napisały. Trochę się zdziwiłam, ale dobra, Hania też zrobiła. Siedziała nad tym do 21:30 (normalnie idzie spać przed 21:00) a tępy wzrok, jakim mnie zmierzyła po zakończeniu, przypomniał mi dzieci z horrorów.
Pozwoliłam więc sobie na zadanie na FB (mamy zamkniętą grupę na FB) pytania, czy takie ogłupiające kary naprawdę mają sens? Czy nie można wymyślać kar, które oprócz zabrania im czasu jeszcze czegoś przy okazji nauczą? Zaproponowałam np. żeby wymyślili po 10 słów z "trudnych" (rz, ż, ch , h - są właśnie na etapie nauki ortografii), przepisali każde po 10 razy i zilustrowali. Sądzę, że zabrałoby im to niewiele mniej czasu niż przepisywanie 100 razy jednego zdania, a przynajmniej nauczyliby się ortografii. Albo 100 równań. Albo przepisać długą czytankę z książki. Cokolwiek, co nie wprawia w bezmyślność. Pani K. jednak w odpowiedzi zaczęła dość histerycznie, z dużą ilością wykrzykników i pytajników, pytać, czy w takim razie powinna odpuścić i rozluźnić dyscyplinę (do tej pory nie wiem, czy celowo odwróciła "kota ogonem", czy naprawdę jest tak głupia, że nie rozumie słowa pisanego). Próbowałam wytłumaczyć, że nie chodzi o brak kar, tylko o ich rodzaj. No ale okazało się, że większość rodziców nagle uważa, że metody pani K. są super, że gdyby nie ona ich dzieci byłyby tępymi dzikusami i ogólnie - jest zajebiście. Dla mnie nie jest, nasze dzieci też na nadmiar czasu nie narzekają, więc nie widzę powodu, żeby zabierać im czas na tępe, bezmyślne zapisywanie 10 kartek zeszytu. Ale wygląda na to że jakaś dziwna jestem.
Rozwaliły mnie argumenty pani K.: po pierwsze od początku roku narzeka, że nie potrafi zapanować nad częścią dzieci. Więc jakby nie patrzyć, jej metody nie działają. A ona pisze tak, jakby jakiś niewiarygodny sukces wychowawczy odniosła. Po drugie, kilka dni temu narzekała, że dzieci nie znają ortografii (co jest o tyle głupie, że dopiero w zeszłym tygodniu uczyły się w szkole literek ż i rz; jasne, że znały ją wcześniej, bo czytają już różne teksty, ale skąd na Boga mają znać ortografię?). A na moją propozycję, żeby jako kara poćwiczyły trochę ortografię, pani K. mówi, że mają czas na to w II i III klasie. Proszę jak szybko zmieniają się oczekiwania... No i last but not least - pani K. wiecznie pyta nas, rodziców, dlaczego dzieci czegoś tam nie potrafią? Np. dlaczego wciąż zaczynają zdanie z małej litery. Skąd mamy wiedzieć, przecież to ona jest nauczycielką? Aha, i jeszcze jedno mnie położyło na łopatki - pani K. z dumą stwierdziła, że na drugi dzień po przepisywaniu 100 zdań dzieci były SPOKOJNE. I okazuje się, że to jest najważniejsze. Nie przeszkadzają. Może da im co rano zapalić skręta, to jej zapewni spokój na cały dzień?
Chociaż to niełatwe, chciałabym przepisać Hanię albo do innej klasy, albo w ogóle do innej szkoły. Nie chcę, żeby uczyła ją baba, dla której najważniejszy jest święty spokój. A za wyniki dzieci odpowiadają rodzice, przecież ona tylko siedzi z dziećmi w klasie przez kilka godzin.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz