niedziela, 5 lutego 2012
nasza zima zla
Od tygodnia mamy prawie ze arktyczne mrozy, i - poza krotkimi wypadami typu "na autobus" albo "do sklepu" - Hania ne wychodzi raczej na spacery (przy minus 15 stopniach krotki spacer ma jeszcze IMHO sens, przy nizszych temperaturach to juz jest niepotrzebna mordega). W dodatku figlopark, do ktorego zima chodzi przynajmnej raz w tygodniu, jest zamkniety dla postronnych (chyba miasto wynajelo go na potrzeby organizowanego przez siebie zimowiska). No i energia roznosi te nasza dziewczyne tak, ze zwariowac mozna :( Mimo ze w piatek i wczoraj miala malych gosci, z ktorymi szalala w mieszkaniu, a dzisiaj bawila sie godzine w figloparku, to za malo dla skubanca pelnego energii. Wczoraj skakala po sofie (czego oczywiscie nie wolno jej robic, ale....) tak dlugo, az nie spadla ... robiac w powietrzu fikolka. A po drodze zatrzymawszy sie na sekunde stojac na glowe. Rany, mialam serce w gardle, kazalam jej machac rekami i nogami, potem glowa bo balam sie ze mogla sobie uszkodzic kregoslup. Na szczescie nic sie nie stalo. Myslalam ze sie troche uspokoi, ale nie.... teraz wlasnie biega jak pershing po domu, bez papci, wiec co kilkanascie minut wali tylkiem po podlodze, bo slizga sie na skarpetach. A potem babcia bedzie przezywac, co tez robmy temu biednemu dziecku ze takie posiniaczone. No jak co - krzywde naturalnie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz